Opowiadania Laureatów

Aleksandra Walczak Kl. ILO 

Trudne Drogi Do Wolności 

Okres II wojny światowej był czasem odarcia człowieka ze wszystkiego, co posiadał. Nie tylko utracił dobra doczesne, materialne, ale przede wszystkim pozbawiony został sensu życia. Kierowane wówczas pytania do Boga „dlaczego?” niosły za sobą cichą i bardzo wymowną odpowiedź, znaną tylko tym, którzy nie zatracili wiary w Jego miłość.

Był to czas, który w szczególny sposób zapisał się na kartach ludzkości, jak również i w moim sercu. Jestem bardzo dumna z faktu, że mogę podzielić się świadectwem życia wielkiego człowieka, człowieka ogromnego bohaterstwa i patriotyzmu – mojego pradziadka Stanisława Wiechnika. Uważam, że stanowi on żywy dowód na to, co wydarzyło się podczas II wojny światowej. To właśnie On: jeden z wielu, cichy bohater, który każdego dnia walczył z wrogiem, pokonywał swoje słabości i lęki. Żył ucieczką w nostalgię, tęsknotę za tym, co było, gdyż napawało go to optymizmem i chęcią zrekonstruowania „zepsutego świata”. Jako człowiek wojny skazany był na brutalną walkę o wolność z zachowaniem swojej narodowej tożsamości.

Stanisław Wiechnik urodził się w 1914 roku w jednej z zamojskich wsi. Pochodził z wielodzietnej rodziny, gdzie kultywowane były nadrzędne wartości człowieka.

Wychowany w kochającej rodzinie zawsze starał się postępować zgodnie z Bożymi przykazaniami.

W wieku 25 lat został powołany do Wojska Polskiego. Niezmiernie gorliwie wypełniał wszystkie zobowiązania względem Ojczyzny, drugiego człowieka, jak i samego Boga.

Początkowo służba pradziadka polegała na przekazywaniu meldunków pomiędzy dowództwem, a pierwszą linią wojsk walczących na froncie. Doświadczał wielu mrożących krew w żyłach sytuacji, które miały miejsce podczas walk zbrojnych między wojskami polskim a niemieckimi.

Pewnej nocy otrzymał rozkaz od dowództwa, aby przekazać meldunek na pierwszą linię walk. Panowała bezwładna cisza i napięta, mroczna aura, a on poruszał się motocyklem w gęstej ciemności. Brak możliwości użycia świateł utrudniał mu wykonanie rozkazu. Sprzyjało mu jednak niebo pełne świetlistych gwiazd. Zaszyfrowany meldunek zwinięty na małym kawałku papieru był przechowywany z wielką ostrożnością w ustach pradziadka aż do momentu dotarcia do wyznaczonego miejsca. Powrotna droga do bazy stała się niekończącą ucieczką przed przelatującymi nad jego głową morderczymi kulami wroga. Atakowały go z potężną siłą przestrzeliwując zbiornik paliwa motocykla.

Innym razem, kiedy przedostawał się z kolejnymi meldunkami, na trasie swojej całej drogi napotykał na stado galopujących koni bez jeźdźców. Widok był straszny. Przeraźliwy pęd ociekających krwią zwierząt i odbijający się strach w ich oczach jednoznacznie wskazywał na rzeź, jaka odegrała się kilka minut wcześniej. Pradziadek wiedział co stało się z ułanami. Ze łzami w oczach, bólem w sercu oraz z pragnieniem walki bez namysłu podążał dalej.

Kolejnym ciekawym wydarzeniem był fakt, iż podczas pobytu na Węgrzech wojsko polskie zostało zaatakowane i rozproszone. Wobec takiej sytuacji pradziadek wraz z ośmioma polskimi żołnierzami po kilku tygodniach błąkania się po obcych ziemiach zdecydowali o powrocie do Ojczyzny.

Droga do Polski była wielkim wyzwaniem gdyż trwała ponad 3 miesiące. Towarzyszył im głód, niebezpieczeństwo i brak sił. Pewnego razu napotkali kobietę z dzieckiem na ręku. Na ich widok podarowała im chleb i mleko. Pradziadek w zamian za pożywienie zdjął z szyi własny medalik z Matką Bożą i zawiesił na szyi jej dziecka. Oprócz medalika miał także przy sobie pistolet i modlitewnik, z którego każdego dnia modlił się.

Następnego dnia zostali zatrzymani przez węgierski patrol milicji i całą dziewiątkę przewieźli na przesłuchanie. Podczas zatrzymania pradziadek niepostrzeżenie wyrzucił broń. Na komendzie wszystkich przesłuchiwano, ale żaden nie przyznał się, że jest żołnierzem Polski. Poprzez różne sposoby wymuszano na nich przyznanie się, ale gdy i to nie pomogło założyli każdemu z nich ciemny worek na głowę, wyprowadzili wszystkich na zewnątrz i postawili przy ścianie. Kiedy pradziadek usłyszał strzał jego usta przestały wypowiadać modlitwę, ponieważ wiedział, że przyszedł czas na niego. Rozległ się 9 strzał, a pradziadek zdrętwiały nadal stał nie wiedząc, co się dzieje. Po chwili zdjęty został mu worek z głowy i ujrzał wszystkich kolegów wokół siebie. Kolejnego dnia zostali oni wypuszczeni i dalej trwała wędrówka do Ojczyzny.

Innym razem, kiedy szli nocą, niebo pokryte było chmurami i panowała ogromna ciemność. Nagle usłyszeli wyraźny szum płynącej wody. Jeden z kolegów wydał komendę ,,stój!” i wszyscy stanęli w miejscu. Po chwili zrozumieli, że przed nimi znajduje się jakaś rzeka, ale przez dominującą ciemność nic nie widzieli. Kiedy kolega, mając kamień w ręku rzucił nim przed siebie, wówczas wszyscy zamarli, gdyż nie usłyszeli plusku kamienia o lustro wody. Postanowili przeczekać w tym miejscu aż do świtu. Kiedy rankiem obudzili się, dostrzegli ogromną przepaść, a na dole nurt rwącej rzeki. To był kolejny raz, kiedy udało im się ocalić życie.

Spośród ośmiu wojennych kompanów pradziadka tylko trzech dotarło do rodzinnych domów, a wśród nich był mój pradziadek. Pozostali stracili życie z powodu głodu, choroby i wycieńczenia.

Po wojnie odznaczony został orderem Bohaterów Wojska Polskiego. Zmarł w 1993 roku po trudnej drodze do wolności.

Mój Pradziadek: urodził się jako Polak, żył jako Patriota i umarł jako Bohater. 

Weronika Walczak Kl. ILO

 Trudne Drogi Do Wolności 

Rok 1939 ożywił piekło i wówczas zaczął się koszmar. Trudno było wymazać z pamięci czas, który spowodował rozpacz ludzkich umysłów, cierpienie dusz i rozdarcie serc. Świat w którym żyła Adela Kamińska już nigdy nie był taki sam.

Ta 16-latka o kręconych i rudych włosach, oczach pełnych nadziei i i miłości była uosobieniem łagodności oraz niezmiernej wrażliwości. Kiedy straciła swojego jedynego brata Romka – przyjaciela i mentora, jej życie legło w gruzach. Był on energicznym chłopakiem, pełnym marzeń i gotowości do oddania życia za ojczyznę. Zginął brutalnie z rąk Niemców – bestii o zdziczałych naturach, które żywiły się ludzkim bólem i niewinnością.

Odkąd Adela została pozbawiona bratniej duszy, jedynym światłem które nasycało ją wewnętrznym spokojem i nadzieją na przyszłość była jej mama. To ona: troskliwa, zawsze oddana i tak mocno kochająca stała na straży bezpieczeństwa swojej jedynej córki. Matczyna miłość powodowała, że szary i czarny świat Adeli wypełniony był blaskiem niezliczonych uczuć i doznań. Wyglądał jak tęcza nasycona różnorodnością i intensywnością barw nad przeraźliwie smutną Warszawą.

Wojenna rzeczywistość sprawiała wrażenie końca świata, a niebo płakało gdyż ziemia skażona została ludzką nienawiścią, bestialstwem i pogardą względem innych. W tym mrocznym dniu Adela wraz z mamą zaplanowała wyjście do pobliskiego zakładu krawieckiego.

Nagle, kiedy przechodziły przez ulicę Krzywe Koło, ludzie zaczęli przeraźliwie krzyczeć i uciekać w popłochu. Nastąpił chaos, niepokój oraz niepewność. Okazało się, że była to tak zwana łapanka. Kiedy Adela i jej mama zdały sobie sprawę z powagi zagrożenia, zaczęły biec przed siebie w mocnym uścisku dłoni. W obawie, że goniące je demony dopadną je, nie oglądały się za siebie. Przed sobą widziały tylko dzieci wyrywane z rąk matek, bite kobiety i walczących mężczyzn. Oprawcy opętani wściekłością i niszczycielstwem żądni byli krwi i unicestwienia każdego napotkanego na ich drodze życia.

Adela poczuła nieludzki ból, który powalił ją z nóg. Straciła przytomność. Obudziła się dopiero w domu, we własnym łóżku. Czuła się bezpieczna i spokojna. Jednak wspomnienie sytuacji uderzającego ją Niemca z jadowitym wzrokiem przywróciło w niej strach i bezsilność. Płakała, gdyż twarz pochylonej nad jej łóżkiem mamy pokryta była licznymi siniakami. Jej podbite i zmęczone oczy, przepełnione były bólem. Dziewczyna z drżącym głosem szepnęła: „mateńko, cóż ci oni zrobili?”. Nie patrząc na córkę, z zimnym i wypełnionym nienawiścią głosem wypowiedziała barbarzyńskie, nieludzkie, bezprawne do istnienia słowo, „egzekucja.” Była ona bowiem świadkiem rozstrzelania kilkorga małych dzieci przy Bazylice Świętego Krzyża. Był to dla niej bardzo wymowny symbol. Umierające dzieci, a w oddali Pan Jezus niosący krzyż. Krzyż – symbol cierpienia i wolności.

Mama Adeli o pseudonimie „Strzała” była żołnierzem podziemia. W chwili gdy los odebrał jej jedynego syna, bez namysłu postanowiła zawalczyć o wolność ojczyzny i o lepszą przyszłość dla następnych pokoleń.

Otrzymała rozkaz zlikwidowania Manfreda von Avenslebena. Jego charakterystycznym znakiem była głęboka blizna na prawym policzku. To on odpowiedzialny był za śmierć niewinnych dzieci, które zostały w bestialski sposób pozbawione swojego kruchego życia. Nieodparty duch walki kobiety oraz jej wielka determinacja wyzwoliły w niej silne pragnienie wymierzenia sprawiedliwości. Jej postawa była hołdem względem tych, którzy oddali życie za najważniejsze ludzkie wartości: Bóg, Honor, Ojczyzna!

Adela postanowiła dołączyć do podziemia. Chciała w ten sposób uczcić pamięć zmarłego brata, a przede wszystkim ofiarować całą siebie mamie i tym, którzy jej potrzebowali. Jako dziecko dosyć wcześnie doznała braku ojca, który został wywieziony do Auschwitz. Wiedziała czym jest samotność, strach i brak nadziei. Dlatego tak bardzo pragnęła dać chociaż iskierkę nadziei tym, którzy ją stracili. Czas spędzony bez ojca i brata był brutalnym ciosem wymierzonym w serce młodej dziewczyny. Jednak los nauczył ją, że serce miłosierne, pełne miłości i oddania może uratować komuś życie. Z całych sił starała się sumiennie wywiązywać z zadań łączniczki podziemia. Narażając się na niebezpieczeństwo nigdy nie zawahała się ani na chwilę przed wykonaniem kolejnego morderczego rozkazu. Była młoda, piękna, pełna marzeń i taka niewinna. Los jednak szykował dla niej niespodziewaną śmierć.

Podczas kolejnej akcji przedostania się na drugą stronę miasta i doręczenia dla dowódcy podziemia ważnej informacji została przechwycona przez ludzi Manfreda von Avenslebena. Bita, torturowana i pozbawiona ludzkiej godności wiedziała, że przeszła przez trudne drogi do wolności, ale do końca wierna została swoim ideałom i przekonaniom. Wspominała kochającą mamę i jej bezgranicznie bijące serce względem innych. W momencie kiedy słabł jej ostatni oddech, ujrzała zmierzających w jej stronę: tatę i brata. Poczuła wówczas niesamowitą błogość, ciepło i Bożą dłoń. Adela na zawsze pozostała w sercach tych, na drodze których stanęła. Była ziemskim aniołem z przesłaniem płynącym prosto z nieba:

Kochaj, Przebaczaj i Bądź Nadzieją… 

 Trudne drogi do wolności – wujek Witold

Oliver Kruszelnicki, klasa 7b.

Mam takiego wujka, a raczej jest to wujek mojej mamy. Mieszka on w małej wsi w Wielkopolsce. Odwiedziliśmy jego i jego żonę Elę podczas ostatnich wakacji. Wujek Witold to bardzo miły starszy pan. Opowiedział nam trochę o swoim dzieciństwie i młodości.

Kiedy wybuchła II wojna światowa był małym pięcioletnim chłopcem, miał rodziców i troje rodzeństwa . W niedługim czasie jego rodzina została rozdzielona, tata stracił pracę, a zanim to się stało, został oskarżony o kradzież. Od tego momentu było źle. W jedno popołudnie jego ojca aresztowano i z całą rodziną wywieziono do obozu pracy w Niemczech. Dzieci zostały oddzielone od rodziców, a żona od męża. To było straszne, najpierw ostatnie chwile, dni z rodzicami w pociągu, nikt nie wiedział, gdzie jadą

i co ich czeka.

Przez trzy lata byli w obozie, gdzie dwoje z rodzeństwa niestety zmarło. Każdy dzień to była walka o przetrwanie, o kromkę chleba, o talerz zupy. Każdego dnia trzyletnia siostra pytała, kiedy mama przyjdzie? A gdzie jest tato? Rodzice dostawali różne prace :a to w polu, a to w mleczarni, a to w fabryce prochu. Dzieci też miały obowiązki – oprócz nauki języka niemieckiego, robienia porządku ,szukania drewna na opał, musiały stać godzinami na apelach, w deszczu i w słońcu, w mrozie i śniegu. Z bosymi stopami, opuchnięte, głodne, zawszawione i chore. Jak przyszedł czas pod koniec wojny gdy fabryki, duże gospodarstwa były bombardowane przez Amerykanów, Anglików nie wiedzieli, czy to przeżyją, bo niby to byli sprzymierzeńcy, ale jednak wiele osób ginęło. Wiele dzieci straciło rodziców i wielu rodziców straciło dzieci . Po dziś dzień wuj Witold ma koszmary nocne. Słyszy wycie syren zapowiadających nalot. On i jego mała siostrzyczka przeżyli, Pan Bóg nad nimi czuwał. Kiedy ich obóz został wyzwolony, pieszo wrócili do Polski, do Ojczyzny, do Domu. Po drodze widzieli ogrom zniszczeń w Niemczech i w Polsce. Na trochę zatrzymali się w Świdnicy, chcieli się tam osiedlić. Poskładać rodzinę w całość. Niestety jednego dnia, gdy przeszukiwali gruzy domów w poszukiwaniu czegokolwiek do jedzenia, byli świadkami, jak gołębiarz zastrzelił kolegę taty, a jego siostra zginęła, gdyż ktoś rzucił w nią cegłai roztrzaskał jej głowę. Po tym rodzice zdecydowali się zebrać i ruszyć w dalszą drogę. Gdy dotarli do Sarbi dowiedzieli się że, brat taty wujka z rodziną też zostali aresztowani i wywiezieni, tym razem do Oświęcimia. Ta młoda rodzina: małżeństwo z dwoma synami (bliźnięta) trafiła dużo gorzej. Rodzice zginęli a bliźniaki trafiły pod “opiekuńcze” skrzydła dr. Mengele. Chłopcy przeżyli, ale to, co ich spotkało było tak nieludzkie, że nawet słów brakuje, by to opisać…. Dyzio i Kazik przeżyli, ale tuż po wojnie Kazik odebrał sobie życie, miał tylko 19 lat. Dyzio dołączył do brata 5 lat później, ginąc w wypadku na motorze. Jego żona i mała córeczka zostały same. Rodzice Witolda przygarnęli bliźnięta do siebie, zapewniali im dom i życie, jakie mogli. Losy ich jednak potoczyły się

w taki, a nie inny sposób. Rodzina mimo szczerych chęci oraz determinacji żyła na skraju ubóstwa. Zawsze jednak wiedzieli, że mają siebie, że pomimo przeciwności losu dadzą radę. Byli w ukochanej Polsce .

W pokoju wujka Witolda wisi nasze godło, na półkach wiele historycznych książek, a także literatura polska. Minęło tyle lat, a on wciąż pamięta numery wytatuowane na ramionach nieżyjących już dawno rodziców- on nie ma tatuażu, był za mały. Wujek każdego dnia mówi, że jest Polakiem, urodził się Polakiem i Polakiem umrze. Jego droga do wolności była długa, kręta i wielokrotnie prowadziła przez ciernie.